Wsparcie fundacji:

1% podatku:
KRS: 0000265307
nazwa: Fundacja For Animals

Przelew na konto:
Bank PKO BP
02 1020 2313 0000 3102 0161 2043
z dopiskiem: na cele statutowe fundacji

Piszą o Nas

Kastracja? Przecież pies musi sobie poużywać

g-bielsko.gif

Mówię kobiecie, że kotka, po którą dzwoni jest wysterylizowana. Co słyszę? „Sama się wysterylizuj” i trzask odkładanej słuchawki.

Przez cały marzec trwać będzie Ogólnopolska Akcja Sterylizacji Zwierząt. Weterynarze z całej Polski będą sterylizować i kastrować psy oraz koty taniej niż zazwyczaj. Listę lecznic biorących udział w akcji oraz wiele innych przydatnych informacji można znaleźć tutaj: www.akcjasterylizacji.pl

EWA FURTAK: Wydawałoby się, że dzisiaj, kiedy tyle mówi się o konieczności ograniczenia populacji bezdomnych psów i kotów nie powinno być problemów z przekonaniem ludzi do sterylizacji zwierząt. Ale tak nie jest. Dlaczego?

JOANNA ZAREMBA (Fundacja For Animals): Bo nadal wiele osób tam gdzie nie trzeba, czyli w sferze rozrodczości utożsamia zwierzęta z ludźmi. Panuje hipokryzja. Wysterylizowanie zwierzęcia jest według takich osób nieludzkie, natomiast wyrzucenie na ulicę jak najbardziej normalne. Wtedy to już jest „tylko pies” czy „tylko kot”.

Dlaczego według takich osób sterylizacja miałaby być nieludzka?

- Bo pozbawia zwierzę możliwości rozmnażania się. Uważają, że to wbrew naturze, wbrew „cywilizacji życia”, o której teraz tak chętnie się mówi. Gdyby takie opinie wygłaszali zwykli ludzie, może by i można było się z tego śmiać. Ale w jednym z dużych polskich miast w czasie sesji rady miejskiej podczas której poruszany był problem konieczności uruchomienia miejskiego programu sterylizacji bezdomnych zwierząt niektórzy radni wygłaszali opinie, że to wbrew ochronie życia. Zgroza!

Mnie zawsze zadziwiają ludzie, którzy właśnie z takich powodów nie wysterylizują psa i kota, ale nie mają żadnych oporów przed utopieniem urodzonych już kociaków czy szczeniąt…

A tacy ludzie niestety także się zdarzają. Też nie potrafię zrozumieć, jak można z powodu światopoglądu nie wysterylizować kotki, przy czym ten sam światopogląd nie zabrania już utopienia kociaków w wiadrze, zakopania ich żywcem czy – w najlepszym razie – zaniesienia do uśpienia. Albo skazania koty na schronisko czy ulicę, co jest w zasadzie wydaniem na nie wyroku śmierci. W dodatku, często śmierci w męczarniach.

Przypominasz sobie jakiś taki drastyczny przypadek?

Takich sytuacji jest niestety wiele. Np. w Katowicach na jednym z targowisk żyła spora kolonia bezdomnych kotów. Nowy zarządca targowiska postanowił się ich pozbyć. Koty były tam prześladowane. Próbowaliśmy pomóc im choć przez sterylizację, by na świat w tym miejscu nie przychodziły kolejne dziesiątki niechcianych kotów.

Jedna z pań dokarmiających koty w tym miejscu nie chciała się za żadne skarby świata zgodzić na sterylizację jednej ze swoich podopiecznych. Kotka rodziła kolejne maluchy skazane na śmierć, ginęły rozjeżdżane przez samochody i zabijane kamieniami. Nie pamiętam, ile czasu upłynęło i ile kotów w ten sposób umarło, nim panią udało się przekonać, że jednak sterylizacja to rzecz konieczna i że nie chcemy zaszkodzić tej kotce, tylko jej pomóc.

Teraz, gdy do fundacji zgłaszają się po pomoc opiekunki bezdomnych kotów, godzimy się na współpracę tylko wtedy, gdy godzą się na sterylizację swoich podopiecznych. Wtedy pomagamy w szukaniu domów, dokarmianiu, leczeniu. Inaczej jest to zupełnie bez sensu.

Kto ma większe opory przed sterylizowaniem zwierząt: kobiety czy mężczyźni?

Chyba mężczyźni, bo w ich przypadku dochodzi tutaj kolejny czynnik: przekonanie, że zwierzę czerpie przyjemność z seksu tak jak człowiek. To wierutna bzdura, mit, z którym trudno walczyć. Panowie słysząc że kocur jest po kastracji obruszają się i denerwują: „Jak to, to sobie już nie poużywa?”. Jakość łatwiej przyjmują podobną wiadomość dotyczącą kotki. Ciekawe…

Ale zdarzyło mi się kiedyś, że pani chętna do zaadoptowania kota z naszej fundacji na wieść o tym, że jest po zabiegu sterylizacji powiedziała „sama się wysterylizuj” i rzuciła słuchawką. Kobiety zamiast o seksualnej częściej mówią o macierzyństwie: „suka choć raz w życiu musi mieć małe, musi poczuć radość macierzyństwa”.

By zapobiec przychodzeniu na świat kolejnych bezdomnych zwierząt sterylizuje się ciężarne kotki i suki…

Domyślam się, jakie to ma być pytanie. Tak: są ludzie, którzy porównują ten zabieg do aborcji. Są też weterynarze, którzy nie chcą go wykonywać. Kiedyś prosiłam kapelana weterynarzy, by ich przekonywał, że w tej sytuacji, jaką mamy w Polsce, przy takiej ilości bezdomnych zwierząt takie zabiegi trzeba wykonywać.

Jakie jeszcze argumenty padają ze strony przeciwników sterylizacji zwierząt?

Oprócz argumentów o okaleczaniu zwierząt, działaniu wbrew naturze i konieczności ochrony życia słyszę czasem np., że sterylizacja zmienia osobowość zwierzęcia i że jest szkodliwa dla jego zdrowia. Powstało wiele mitów na temat tego zabiegu. Kto choć raz był w schronisku i spojrzał w oczy bezdomnych psów i kotów, których wiele nigdy nie doczeka się na własne domy wie, jak bardzo to potrzebne. Ale jak mamy do tego przekonać tych, co do schronisk nie chodzą?

Źródło: BielskoBiała.Gazeta.pl
******************************************

Psi smalec jednak w sądzie

gazeta-czestochowa.gif

Jest akt oskarżenia w trudnej i precedensowej sprawie psiego smalcu. Dwie mieszkanki Kłobucka staną przed sądem za zabijanie psów i wprowadzanie do obiegu produktu szkodliwego dla zdrowia i życia

Dochodzenie trwało ponad rok. Istniało zagrożenie, że zostanie umorzone. Prokuratura wykonała jednak ogrom pracy, by uratować sprawę: zleciła kilka opinii, przesłuchała wielu świadków, sięgnęła do prawa unijnego.

- Sprawa od początku była dla nas trudna dowodowo i precedensowa – przyznaje prokurator Romuald Basiński, rzecznik częstochowskiej prokuratury. – Ale udało się sporządzić akt oskarżenia. Lada moment wpłynie on do sądu.

Agata G. i jej matka, dwie mieszkanki kłobuckiej dzielnicy Brody-Malina, zasiądą na ławie oskarżonych za to, że zabijały psy – nieustaloną liczbę i wprowadzały do obiegu produkt szkodliwy dla zdrowia i życia.

W pierwszym przypadku chodzi o dręczenie i zabijanie zwierząt ze szczególnym okrucieństwem. Agata G. jako świadek zeznała, że wieszała psy na sznurku i dusiła na oczach innych. Jako podejrzana wycofała się z tego i nie przyznaje się do winy, podobnie jak jej matka. Kobiety twierdzą, że szczątki, które policja znalazła na posesji, to zwierzęta padłe, a nie zabite.

Oskarżone nie przyznają się także do wyrabiania tłuszczu z psów. Twierdzą, że robił to ich zmarły przed laty mąż i ojciec – Józef P. Był znany w okolicy, ponieważ był rakarzem, prowadził skup padłych zwierząt i wytwarzał futra. Mimo zleconych przez prokuraturę kilku ekspertyz naukowcy nie byli w stanie oszacować wieku smalcu. Prokuratura z oczywistych powodów musiała umorzyć wątek dotyczący zabijania zwierząt i wyrabiania z nich sadła przez Józefa P. Jego żona i córka odpowiedzą jednak za wprowadzanie do obiegu, czyli sprzedawanie, psiego smalcu w okresie od października 2006 roku do lutego 2009 roku. Prokuratura sięgnęła tutaj do przepisów unijnych i posłużyła się opinią biegłych z Instytutu Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego.

- Pies w naszym kręgu kulturowym nie jest zwierzęciem hodowanym do celów spożywczych, a zatem nie podlega stałej kontroli weterynaryjnej – tłumaczy prokurator Basiński. – Poza tym tłuszcz był wytwarzany w warunkach odbiegających od wymogów sanitarnych. Dlatego mógł być szkodliwy dla zdrowia i życia. Nie ma znaczenia, że kupujący wiedzieli, co nabywają.

Matka Agaty G. przyznała, że po śmierci męża sprzedawała po 20-30 zł psie sadło, które on wytworzył. Jej córka odmówiła składania wyjaśnień w tym temacie. Nie przypomniała sobie także faktu, że w lutym ubiegłego roku sprzedała butelkę smalcu reklamowanego jako psi m.in. dziennikarzowi „Gazety”.

Prokuratura twierdzi, że sprawa miała wymiar edukacyjny nie tylko dla tej instytucji, ale i społeczeństwa.

- Musieliśmy się zmierzyć nie tylko z niehumanitarnym zabijaniem zwierząt, ale i całkiem dla nas nowym zjawiskiem – zabobonem lub medycyną ludową – mówi prokurator Basiński.

Z przebiegu sprawy zadowolona jest Renata Mizera, która przed rokiem kierowała częstochowskim oddziałem Fundacji For Animals. To ta organizacja złożyła doniesienie na policję.

- Doceniam ogrom pracy wykonanej przez prokuraturę, jej determinację i bardzo za to w imieniu krzywdzonych zwierząt dziękuję – mówi Mizera.

Przypomnijmy: w ubiegłym roku sympatyk Fundacji For Animals i dziennikarz „Gazety” podczas prowokacji kupili w kłobuckim gospodarstwie butelkę tłuszczu. Gospodarz i jego 37-letnia żona – jak się potem okazało Agata G. – reklamowali smalec jako psi, dobroczynnie działający na płuca. Organizacja złożyła doniesienie na policję. W pierwszych dniach sierpnia ubiegłego roku na podwórze kłobuckiego gospodarstwa weszli policja, członkowie Fundacji For Animals i lekarz weterynarii. Policjanci znaleźli butelki z tłuszczem nieznanego pochodzenia, kilkadziesiąt zamkniętych psów, psie szczątki koło żywych czworonogów, broń, zakrwawioną odzież, krew w wirówce. Za podwórkiem fotoreporter „Gazety” odkrył kości – najprawdopodobniej psie i końskie – ze śladami po siekierze, wrzucone w stertę gnoju i rozkładające się psy. Przesłuchiwana w charakterze świadka Agata G. przyznała, że na jej podwórzu mordowano psy i robiono z nich smalec. Kilka dni po wizycie w gospodarstwie policjanci zatrzymali kobietę i postawili jej zarzut zabicia ze szczególnym okrucieństwem kilku psów. Kobieta zmieniła wcześniejsze zeznania i nie przyznała się do winy. W połowie września podobne zarzuty usłyszała jej matka. Prokuratura nie mogła włączyć do dowodów przyznania się do winy Agaty G., bo zeznawała wówczas w charakterze świadka, a nie podejrzanej. Prawo nie daje możliwości wykorzystania zeznań świadka przeciwko niemu.

Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa
******************************************

Kocięta kończą w wiadrach z wodą. Sterylizować czy nie?

g-bielsko.gif

Każdej wiosny tysiące szczeniąt i kociąt kończy ledwo co zaczęte życie w wiadrach z wodą. To, niestety, dla wielu osób nadal normalny proceder. Te same osoby oburzają się, jeśli ktoś sugeruje im wysterylizowanie czworonoga. Skąd taka hipokryzja? – pyta Ewa Furtak.

Fundacja „For Animals” znalazła już prawie tysiąc domów dla bezdomnych kotów i psów. Zabranych z ulic, przyniesionych przez właścicieli do lecznic weterynaryjnych z żądaniem uśpienia… Zaczęła się wiosna i typowe o tej porze roku telefony do FFA: „Moja kotka urodziła pięć pięknych kociąt. Nie chcę ich usypiać ani oddawać do schroniska. Weźmiecie je?”. – Pytamy zawsze, czy kotka zostanie wysterylizowana – mówi Joanna Zaremba z FFA.

Każdego dzwoniącego przekonuje: – To zwierzęciu nie szkodzi. Sterylizacja zapobiega groźnym dla życia zwierzęcia chorobom, takim jak ropomacicze. Poza tym na świecie są już miliony bezdomnych psów i kotów. O wiele więcej niż ludzi chętnych je przygarnąć pod swój dach. Trzeba zapobiegać narodzinom kolejnych.

Część ludzi udaje się przekonać. Ale niektórzy są absolutnie niereformowalni. Według nich kocica czy suka choć raz powinna poczuć, jak to jest być matką. Sterylizacja to według nich okaleczanie zwierzaka. „Jak to? Mam pozbawić mojego psa przyjemności?” – oburzają się ludzie. – Niestety, wiele osób w bardzo szkodliwy dla zwierząt sposób utożsamia je z nami, ludźmi. Uważają, że zwierzęta czerpią przyjemność z aktu seksualnego i nie wolno ich tego pozbawiać. Poza tym niektórzy ludzie sprzeciwiają się takim zabiegom z przyczyn… religijnych. Brzmi to absurdalnie, ale to, niestety, prawda – opowiada Zaremba.

A tzw. sterylizacja aborcyjna, czyli wysterylizowanie ciężarnej kotki czy suki? Zrobienie zabiegu po to, żeby nie urodziła w piwnicy kolejnych niechcianych kociąt skazanych na zadręczenie przez ludzi czy przejechanie przez samochód? To już dla niektórych zbrodnia. Jak można unicestwić poczęte życie? Ci sami ludzie często nie mają nic przeciwko topieniu czy usypianiu maluchów zaraz po urodzeniu. Szczyt hipokryzji.

Magdalena Nykiel z Fundacji na rzecz Ochrony Zwierząt „Pod Jednym Dachem” mówi, że polskie podwórka i ulice roją się od bezdomnych zwierząt. Szczególnie dużo jest kotów, ale coraz częściej widać na ulicach bezpańskie psy – głodne, chore, wycieńczone. – A przecież nietrudno nad tym wszystkim zapanować. Wystarczy mieć wyobraźnię i pozbyć się uprzedzeń do sterylizacji zwierząt domowych – uważa.

Mówi, że jeden z problemów związanych ze sterylizacją zwierząt, czyli sam jej koszt, da się jakoś rozwiązać, bo coraz więcej gmin decyduje się na finansowanie określonej liczby takich zabiegów w roku, poza tym są organizacje, które pomagają w takiej sytuacji. Dużo poważniejszą barierą są właśnie uprzedzenia i szkodliwe mity. – Główne nieporozumienie to twierdzenie o jego „nienaturalności”, która narusza porządek przyrody. Cóż… Jeśli założyć, że zaśmiecone krzaki, brudna piwnica, sterta szmat lub kartonowe pudło koło śmietnika, w których wegetują często porzucone koty, to naturalne środowisko, to rzeczywiście – sterylizacja jest ingerencją w ten schemat – mówi Nykiel.

Jak powszechne są szkodliwe poglądy na temat sterylizacji zwierząt? Bardzo powszechne. „Przez kastrację pies traci osobowość” – oznajmił Marek Suski, poseł PiS-u, gdy parlamentarny zespół przyjaciół zwierząt zaproponował obowiązkową sterylizację zwierząt domowych albo płacenie za nich podatku, tak jak to muszą teraz robić zarejestrowani hodowcy. I nie był, niestety, jedynym politykiem, który miał taki pogląd.

Na szczęście powoli, bo powoli, ale udaje się zmieniać mentalność ludzi. – To, że sterylizacja jest najskuteczniejszą metodą zapobiegania bezdomności zwierząt, nie podlega dyskusji – mówi Nykiel.

Zgadzam się z tym w stu procentach. Wszystkie moje koty są wysterylizowane. Kociaki są słodkie, pewno znalazłabym dla nich jakieś domy. Ale jak pozwalać im przychodzić na świat, skoro zabiorą miejsce w ludzkich domach tym już urodzonym, umierającym w schroniskach i na ulicach? Jeśli ja rozmnożę swoje koty, będę bezpośrednio odpowiedzialna za to, że te inne umrą jako bezdomne. Tak mówi statystyka.

******************************************

Psi smalec trafi do prokuratora krajowego

gazeta-czestochowa.gif

Sprawa wyrabiania smalcu z psów w kłobuckim gospodarstwie trafi do prokuratora krajowego. Przedstawi ją szefowa parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt Joanna Mucha.

Kilka dni temu działająca na rzecz zwierząt posłanka spotkała się z ministrem sprawiedliwości Krzysztofem Kwiatkowskim i prokuratorem krajowym Edwardem Zalewskim. Ten ostatni zobowiązał się do sprawdzenia spraw dotyczących znęcania się nad zwierzętami, które zakończyły się umorzeniem. Mucha zadeklarowała, że przedstawi mu także niezakończone dotąd postępowanie w sprawie wyrabiania psiego smalcu w kłobuckim gospodarstwie.

- To naprawdę bulwersująca historia – mówi posłanka. Zdaje sobie sprawę, że takie śledztwa są zazwyczaj trudne dowodowo i dlatego trzeba uwrażliwić policjantów, sędziów i prokuratorów na tematykę ochrony zwierząt.

Przypomnijmy: pod koniec lata prokuratura postawiła zarzut znęcania się i zabijania zwierząt ze szczególnym okrucieństwem Agacie G. i jej matce – dwóm mieszkankom kłobuckiego gospodarstwa. Policja znalazła tam nie tylko kilkadziesiąt zamkniętych psów, zwierzęce szczątki, zakrwawione odzież, siekierę i wirówkę, ale również butelki z tłuszczem nieznanego pochodzenia. Obecnie już wiadomo, że smalec był produkowany m.in. z psów. Być może uda się także określić czas produkcji tłuszczu. To istotne dla sprawy, bo obie podejrzane nie przyznają się do winy i twierdzą, że tłuszcz wyrabiał ich zmarły przed trzema laty mąż i ojciec. Sprawy zaczęła się rok temu od prowokacji zorganizowanej przez dawną Fundację For Animals i „Gazetę”.

Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa

******************************************

Sławny kot z Auschwitz


kotoswiecim.jpg

Zwiedzających obóz koncentracyjny Auschwitz wita biało-bury kot. Setki osób robi mu zdjęcia. Gdy pracownik muzeum powiedział, że kotu lepiej byłoby w schronisku, w internecie zawrzało.

Jedni nazywają go Brunonem, inni mówią: Rudolf. Ani jedno, ani drugie imię nie pasuje, bo to kotka. Na terenie muzeum zamieszkała pół roku temu. Przesiaduje przy bramie z napisem „Arbeit macht frei”. Wita zwiedzających, daje się pogłaskać. Zwiedzający robią jej pamiątkowe zdjęcia. Jej fotografia ilustrowała tekst o Auschwitz w „Polityce”.

- Bruno cieszy się powszechną sympatią pracowników muzeum, ale dla jego dobra byłoby lepiej, gdyby po półrocznej „służbie” w muzeum, gdzie najwyraźniej się zadomowił, trafił do schroniska dla zwierząt – powiedział na łamach lokalnego portalu Super-Nowa dr Adam Cyra, starszy kustosz Muzeum Auschwitz.

- Nasz kot do schroniska? Nie! – na Facebooku rozpoczęła się akcja w obronie kota. Na zarzut kustosza, że błyski fleszów szkodzą kotce na oczy, jedna z użytkowniczek Facebooka zaapelowała: „Wyłączajmy lampy błyskowe, gdy robimy kotu zdjęcia”.

Jarosław Mensfelt, rzecznik muzeum, tłumaczy, że słowa kustosza nie są oficjalnym stanowiskiem placówki w sprawie kota. Nie ma planów wywiezienia go do schroniska. Dodaje, że na terenie muzeum oprócz kota jest mnóstwo innych zwierząt – zaglądają tu sarny, lisy, a nawet czaple.

Ale sprawą kota z Auschwitz już zainteresowała się katowicka fundacji For Animals. Jej zdaniem umieszczanie wolno żyjącego kota w schronisku byłoby dla niego wielką krzywdą. I proponuje dostarczenie ocieplanego domku dla kocicy.

Ewa Furtak
Źródło: Gazeta Wyborcza

******************************************

Pies z obciętym ogonem jest jak człowiek bez języka

Jeszcze kilkanaście lat temu właściwie nie spotykało się dobermanów, bokserów czy rottweilerów z długim ogonem. Dzisiaj jest więcej psów o normalnym wyglądzie, choć nadal trafiają się zwolennicy poprawiania natury – pisze Ewa Furtak.

Niektórzy hodowcy uważają, że wykonywanie takich zabiegów w przypadku psów niektórych ras można potraktować jako profilaktykę zdrowotną. Zapobiega się w ten sposób trudno gojącym się skaleczeniom ogona czy nawracającym zapaleniom uszu. Ale przeciwnicy zabiegów, wśród których jest także coraz więcej hodowców, mówią, że główna przyczyna ich wykonywania jest inna: sztucznie upiększone psy po prostu podobają się ludziom. Niektórzy uważają, że np. dopiero z ciętymi uszami dog czy amstaff prezentuje się wystarczająco groźnie.

W 1997 roku weszła w życie ustawa o ochronie zwierząt. A wraz z nią przepis mówiący o tym, że za zabieg weterynaryjny uważany jest zabieg ratujący życie i zdrowie zwierzęcia bądź ograniczający jego rozmnażanie się. Wypowiadał się nieraz na ten temat główny lekarz weterynarii. Przypomniał: cięcie ogonów i uszu jest zakazane, a Inspekcja Weterynaryjna ma kontrolować przestrzeganie prawa. W razie łamania zakazu inspektor powinien zawiadomić policję lub prokuraturę.

Obrońcy zwierząt przekonują: przycinanie ogonów i uszu to niczym nieusprawiedliwiona fanaberia. Taki zabieg to nic innego jak częściowa amputacja ogona czy ucha. Przysparza zwierzętom zupełnie niepotrzebnych cierpień. Ogon dla psa to tak samo ważny narząd jak język dla człowieka. Służy mu do komunikowania się ze światem.

Mimo tego na ulicach naszych miast nadal można spotkać psy z przyciętymi ogonami i uszami. Pojawiają się także na wystawach psów rasowych. Polski Związek Kynologiczny – inaczej niż jest to np. w Niemczech – nie zakazał wystawiania chirurgicznie upiększonych zwierzaków. Nadal są lekarze weterynarii – nieliczni na szczęście – którzy godzą się na wykonanie takich zabiegów. Trafiają się też ludzie, którzy pozbywają się psich ogonów domowymi sposobami. W internecie doradzają sobie, że najprościej jest u nasady ogona szczeniaka zawiązać gumkę. Niedokrwiony ogon sam odpadnie.

Hodowla psów i kotów na sprzedaż traktowana jest u nas jako działalność rolnicza – tak hodowcy rozliczają się z fiskusem. W odpowiedzi na kilka interpelacji poselskich, jak to możliwe, że ucinać uszu i ogonów niby nie wolno, a mimo tego ludzie to robią, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi odpowiedziało, że ustawa dopuszcza wykonywanie na zwierzętach zabiegów „wynikających z technologii produkcji”. Nie ma rozróżnienia na zwierzęta domowe i gospodarskie (ogony obcina się np. u prosiaków, żeby ich sobie wzajemnie nie obgryzały), ten zapis dotyczy wszystkich zwierząt hodowanych komercyjnie. Obcinanie ogonów i kopiowanie uszu u psów może zostać uznane za taki właśnie zabieg. – Ustawodawcy zabrakło wyobraźni – komentują internauci.

Joanna Zaremba, szefowa Fundacji for Animals, martwi się, że to otwiera bardzo niebezpieczną furtkę. W Stanach Zjednoczonych popularny jest np. zabieg usunięcia pazurów u kotów, żeby nie drapały mebli i innych rzeczy w domu. Zabieg polega na amputacji fragmentów palców. Przecina się także struny głosowe psom, żeby nie szczekały. Pod technologię produkcji można podciągnąć wiele innych okrutnych, służących tylko wygodzie właścicieli, zabiegów.

Obrońcy praw zwierząt chcą, by zakaz był w Polsce jednoznaczny, tak jak to jest w wielu innych krajach Europy. Organizacje prozwierzęce przy pomocy posłanki Joanny Muchy przygotowały nawet wstępny projekt nowej ustawy o ochronie zwierząt. Okazało się jednak, że przeforsowanie ustawy w całości byłoby bardzo trudne, dlatego obrońcy zwierząt chcą wprowadzać zmiany poprzez nowelizacje kolejnych zapisów starej ustawy.

Ewa Furtak
źródło: www.bielskobiala.gazeta.pl

******************************************

Grudziądz: Wszystkie koty zasługują na życzliwość

Nie tylko ludziom we znaki daje się surowa zima. Z chłodu i braku pokarmu cierpią też bezdomne zwierzęta, a zwłaszcza koty. Wystarczy przejść ulicami starówki i osiedli, aby przekonać się, że jest ich sporo.

Na szczęście, los bezpańskich kotów nie jest obojętny mieszkańcom, którzy na własną rękę pomagają im przetrwać zimę. W pobliskim garażu znalazłam kotkę z młodymi. Boję się, że zdechną z głodu, dlatego codziennie rano staram się im przynosić coś do jedzenia, kawałek wędliny lub chlebek – mówi Stefania Niedzielska ze Śródmieścia. Została „karmicielką”.

Sposób na ograniczenie dziko żyjących kocich stad jest tylko jeden. Najprostszym, choć kosztownym rozwiązaniem jest sterylizacja – mówi Małgorzata Ziółkowska, grudziądzanka, będąca od trzech lat wolontariuszką fundacji „For Animals”. – Dzięki temu zabiegowi zmniejsza się ilość kotów żyjących na wolności, a co za tym idzie zwiększają się ich szanse na zdobycie jedzenia i przetrwanie w trudnych warunkach. Jako organizacja staramy się prowadzić zabiegi sterylizacji kotów, to jednak kosztuje… I to kosztuje całkiem sporo. Sterylizacja kota to wydatek 60 zł, a kotki -160 zł. A i to są ceny „promocyjne”, zaprzyjaźnionego z fundacją „For Animals” grudziądzkiego weterynarza.

Na razie takie zabiegi finansuję z pieniędzy, które udaje się pozyskać dla fundacji, a często także z własnej kieszeni. Mimo że kastracja dzikich kotów jest przecież zadaniem gminy. W ubiegłym roku zwróciłam się do Ratusza o wsparcie tej akcji. Niestety, dostałam odmowną odpowiedź – mówi Małgorzata Ziółkowska. – Nie tracę jednak nadziei i myślę, że władze miasta dostrzegą ten problem i mimo wszystko wyłożą na ten cel pieniądze.

Jak się dowiedzieliśmy, Wydział Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego, choć na sterylizację bezpańskich kotów nie chce wyłożyć swoich, to stara się pozyskać pieniądze „zewnętrzne”.

Zwróciliśmy się o wsparcie do Wojewódzkiego Funduszu Gospodarki Wodnej i Ochrony Środowiska – informuje Alina Obruszkiewicz z Urzędu Miejskiego. Wnioskowaliśmy o kwotę około 20 tys. zł. Odpowiedzi spodziewamy się na przełomie lutego i marca. Do tej pory z pomocą fundacji „For Animals” udało się wysterylizować kilkanaście grudziądzkich kotów. Pierwsze w… Zakładzie Karnym nr 2.

Jeden z więźniów zasygnalizował problem kotów poniewierających się i rozmnażających na terenie więzienia – wspomina Małgorzata Ziółkowska. Sytuację udało się opanować, a ja nabrałam doświadczenia.

Podobnych „alarmów” wolontariuszka odbiera sporo. – Najczęściej kontaktują się ze mną weterynarze albo „karmicielki” – mówi Małgorzata Ziółkowska. – Dzwonią i mówią, gdzie takie koty mieszkają i jak można im pomóc. Ja je wyłapuję, zawożę do weterynarza, a po zabiegu wypuszczam.

Każdy, kto chciałby wesprzeć działalność „For Animals” może przekazać organizacji 1 procent podatku dochodowego. Jeśli uczynimy to z dopiskiem „Grudziądz”, to pieniądze wrócą do naszego miasta.

Aleksandra Pasis

źródło: Gazeta Pomorsja

******************************************

Koty czekają

Działacze częstochowskiego oddziału Fundacji For Animals apelują o adoptowanie kotów, których coraz więcej trafia ostatnio pod ich opiekę.

- Chętnych do adopcji mamy mało, a kotów już ponad 80. Trafiają do nas koty porzucone, niechciane, z interwencji, lub takie, których właściciele nie mogą już się nimi zajmować– mówi Joanna Zaremba z For Animals. – Nasza organizacja nie prowadzi schroniska dla kotów, wszystkie nasze zwierzaki przebywają w domach tymczasowych u wolontariuszy – dodaje Zaremba.

Wszystkie koty przeznaczone do adopcji są zdrowe, wysterylizowane, zaszczepione i odrobaczone. Chcąc zaadoptować mruczka wystarczy wejść na stronę Fundacji i wyszukać przyjaciela dla siebie. Można również dokonać adopcji wirtualnej, czyli wpłacać stałą kwotę na utrzymanie wybranego przez siebie zwierzaka. W zamian fundacja będzie przekazywać informacje i zdjęcia o podopiecznym.

Katarzyna Pielak

źródło: www.koty.pl

******************************************

O naszej akcji sterylizacyjnej piszą w gazecie Nasze Katowice :-)

Nasze Katowice czerwiec 2009

******************************************

Kot Kubuś wróci do tyskiej biblioteki!

Anna Malinowska

Fot. Bartłomiej Barczyk / AG

Prezydent Tychów nie ma nic przeciwko temu, żeby Kubuś dalej mieszkał w miejskiej bibliotece. Jest więc duża szansa, że kot wróci na swoją półkę z książkami filozoficznymi

Przemarzniętego kotka znalazł czytelnik na wycieraczce przed wejściem do filii nr 3 Miejskiej Biblioteki Publicznej. Zwierzaka przygarnęły bibliotekarki. Kubuś, bo tak go nazwały, stał się znakiem firmowym biblioteki. Przez sześć lat pędził spokojne życie na półkach z książkami, ale miesiąc temu ktoś napisał mail do dyrektorki biblioteki. Anonimowa osoba stwierdziła, że ma alergię na kocią sierść i jeśli nadal będzie narażona na kontakt z kotem w wypożyczalni książek, pozwie bibliotekę i zażąda odszkodowania.

Dorota Łukasiewicz-Zagała, dyrektorka MBP w Tychach, ugięła się i nakazała kota eksmitować. Kubuś mieszka teraz kątem u jednej z bibliotekarek, ale bardzo tęskni za biblioteką. Nie chce jeść ani pić.

Wczoraj napisaliśmy o jego losach. Po naszym tekście odezwali się czytelnicy z całej Polski. Ludzie szturmują też bibliotekę i masowo podpisują się pod petycją, w której żądają, by Kubuś wrócił na swoje miejsce. Bibliotekę odwiedzili także radni, którzy obiecali, że sprawę poruszą na najbliższej sesji rady miejskiej.

- Stosunek do zwierząt jest wyrazem naszego człowieczeństwa. Zawsze wydawało mi się, że w bibliotece pracują ludzie o dużej wrażliwości. Sama biblioteka zresztą to nie tylko zbiór książek, ale też miejsce związane z pewnymi wzorcami zachowań – powiedział nam wczoraj Wojciech Kilar, wybitny kompozytor i wielki miłośnik kotów. – Ja również chcę się podpisać pod petycją – zadeklarował.

Joanna Zaremba z Fundacji for Animals była zdziwiona, że sprawa dotyczy Tychów. – Z doświadczenia wiem, że tamtejsi urzędnicy mają dużo zrozumienia dla zwierząt, a w mieście bardzo prężnie działa schronisko – mówi.

Wiele osób zadeklarowało, że chętnie przygarnie Kubusia, da mu nowy dom i zapewni świetne warunki. Ale Zaremba przestrzega: – Kot bardzo przywiązuje się do miejsca, więc jeśli Kubuś spędził w bibliotece sześć lat, bardzo trudno będzie mu się odnaleźć w innym miejscu – mówi.

Ponieważ dyrektorka Łukasiewicz-Zagała stwierdziła, że jej decyzja o usunięciu kota jest nieodwołalna, los kota leży teraz w rękach prezydenta Tychów Andrzeja Dziuby. Z jego gabinetu płyną dobre wiadomości. – Pan prezydent nie ma nic przeciwko temu, żeby kot dalej mieszkał w bibliotece. Decyzja pani dyrektor nie jest więc ostateczna. Poczekamy jeszcze na pisemne stanowisko sanepidu. Jeśli nie będzie przeciwwskazań, kot wróci do biblioteki – zapewnia Aleksandra Cieślik, rzeczniczka tyskiego magistratu.

I pewnie tak się stanie, bo Grzegorz Gołdynia, państwowy powiatowy inspektor sanitarny w Tychach, zapewnia: – Nie wydam zakazu. Zgodnie z moimi ustaleniami i obowiązującymi przepisami, kot może mieszkać w bibliotece.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

******************************************

Internauci oszukują na aukcjach chorych zwierząt

Ewa Furtak
2009-03-23, ostatnia aktualizacja 2009-03-23 23:39

„Pomóżcie! Potrzebne są pieniądze na leczenie znalezionego chorego psa” – tej treści apele wraz ze zdjęciami chorych zwierząt coraz częściej można znaleźć w internecie. Niestety, nie wszystkie są prawdziwe.

Kilkanaście dni temu na Allegro pojawiła się aukcja z prośbą o pomoc dla rannej kotki: (…) Kilka dni temu poszedłem na spacer i usłyszałem miauczenie. (…) Okazało się, że kotek jest w sidle zastawionym przez kłusownika!! (…) Weterynarz zdjął kotkowi sidło, lecz okazało się, że kotek ma połamaną łapkę i potrzebna jest operacja, która kosztuje 800 zł. Jestem studentem i nie mam za dużo pieniędzy (…).

Autor aukcji zamieścił zdjęcie cierpiącego kota i zaapelował o wpłacanie pieniędzy na jego leczenie. Informację znalazła internautka z forum miau.pl, gdzie m.in. znajduje się domy dla porzuconych kotów. Okazało się, że zdjęcie zwierzaka jest stare, a chłopak ukradł je z jednej ze stron internetowych. Aukcja została zamknięta, na szczęście nikt nie zdążył wpłacić pieniędzy. W jej opisie był podany numer telefonu komórkowego. Autorem aukcji okazał się młody chłopak, który przyznał się do oszustwa. Pochodzi z dobrego domu, jest także utytułowanym sportowcem. Nie potrafił racjonalnie wyjaśnić, dlaczego tak postąpił.

Działacze organizacji pomagających zwierzętom mówią, że takie oszustwa to coraz większy problem. Sami często zbierają za pośrednictwem internetowych aukcji charytatywnych pieniądze na kosztowne leczenie psów czy kotów. – Gdyby nie finansowa pomoc ludzi, nigdy nie udałoby nam się tak wiele zdziałać. Niestety, przez podobnych oszustów ludzie zrażają się do pomagania w ten sposób, a takie aukcje tracą wiarygodność – przyznaje Joanna Zaremba, szefowa katowickiej Fundacji „For Animals”, która rocznie pomaga setkom kotów i psów.

Zaremba opowiada, że fundacja miała bardzo podobny przypadek. Ktoś skopiował ze strony For Animals zdjęcie chorego psa i zamieścił w internecie apel z prośbą o pomoc finansową w jego leczeniu. – Dzięki czujności osoby, która wzięła udział w tej aukcji, sprawa wyszła na jaw. Jej autorką była 19-latka. Okazało się, że posługując się naszym zdjęciem, chciała zebrać pieniądze na leczenie innego psa, co nie zmienia faktu, że jest to naganne. Od tamtej pory mamy na stronie fundacji informację, że bierzemy odpowiedzialność tylko za wpłaty na nasze konto – mówi.

Zaremba przestrzega, że w przypadku chęci pomocy poprzez udział w aukcji charytatywnej trzeba koniecznie sprawdzić, czy podany numer konta faktycznie należy do jakiejś organizacji, czy stowarzyszenia. – Takie organizacje nie zbierają pieniędzy na prywatne konta – wyjaśnia.

Elwira Jurasz, oficer prasowy bielskiej policji, nie przypomina sobie, by ktoś za podobny proceder został ukarany. Jednak ostrzega, że zbieranie pieniędzy pod pretekstem pomocy dla chorego zwierzęcia to oszustwo. – Przestępstwo, za które można trafić do więzienia nawet na osiem lat – mówi Jurasz.

Źródło: Gazeta Wyborcza Bielsko-Biała

******************************************

Ogólnopolski Dzień Adopcji Zwierząt:


******************************************

Bezdomne koty mają swoich przeciwników i wielbicieli. W Katowicach ich los zależy od prezesów spółdzielni mieszkaniowych. Wszystko dlatego, że to jedno z nielicznych miast w Polsce, które nie doczekało się uchwały w sprawie obrony praw zwierząt.

Anna Malinowska

Fot. MARCIN TOMALKA / AG


Maria Telmińska z osiedla Paderewskiego bezdomne koty dokarmia od ponad 15 lat. Błąkają się wokół dużego parkingu samochodowego na ul. Granicznej. – Na parkingu stała budka, przy niej miski z jedzeniem. Afera wybuchła kilka miesięcy temu, kiedy właściciel samochodu napisał skargę, że kot wszedł mu pod maskę, o czym miały świadczyć ślady sierści. Druga skarga wpłynęła niedawno: tym razem właściciel pojazdu donosił, że kot przegryzł mu wszystkie kable w aucie. Od przedstawicieli spółdzielni, do której parking należy, usłyszałam, że mam stąd zabrać zwierzęta -wzdycha pani Maria.Pomogli jej ochroniarze z parkingu. – Nam koty nie przeszkadzają. Lepiej, żeby były, bo przegonią szczury – śmieją się. Przenieśli budkę dla zwierząt nieopodal parkingu. Pani Maria pomalowała ją, posprzątała teren wokół.O pomoc poprosiła też fundację For Animals. - Zwróciliśmy się do Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej z prośbą o jakieś spotkanie, rozmowę. Propozycje pozostały bez echa -mówi Joanna Zaremba z fundacji.Kierowniczka Zakładu Usług Parkingowych w KSM mówi, że o kotach nie wolno jej wypowiadać się oficjalnie. – Rzeczywiście przez wiele lat takiego problemu nie było.Teraz jednak napłynęły skargi. Nie możemy dopuścić, żeby nasi klienci byli niezadowoleni. Z kotami powinna zrobić coś fundacja, a nie spółdzielnia. My się zwierzętami nie zajmujemy – ucina kierowniczka.

Podobny problem był na osiedlu Witosa. Tam koty żyją w kanale ciepłowniczym na jednym z placyków. Obok była piaskownica. Do tamtejszej spółdzielni zgłosili się mieszkańcy z pretensjami, że koty zanieczyszczają piasek. Od razu odezwały się też karmicielki z prośbą, by nie robić krzywdy zwierzętom.
- Musiałem wysłuchać dwóch stron. I jedna, i druga ma swoje racje. Postanowiliśmy więc zlikwidować piaskownicę w tym miejscu. Niedaleko są dwie inne. Zaczniemy też akcję adopcyjną na osiedlu. Będziemy szukać rodzin, które przygarną zwierzęta – obiecuje Jerzy Karge, prezes Spółdzielni Załęska Hałda.

Prezes narzeka, że w Katowicach nie ma uchwały, która regulowałaby podobne sytuacje. - Nie wiadomo, kto ma takie zwierzęta sterylizować czy dokarmiać. O tym, że dzikie koty są w mieście niezwykle potrzebne, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Nasza spółdzielnia dwa razy w roku musi przeprowadzać deratyzację, a to i kosztowne, i mało przyjemne – dodaje Karge.

Podobnego zdania jest Joanna Zaremba. – We wszystkich wojewódzkich miastach jest uchwała, która takie rzeczy precyzuje. Mają rejestr karmicielek, miasto wydaje karmę, organizuje sterylizację, opiekę medyczną. Tylko w Katowicach nie da się tego zrobić. Od półtora roku piszemy do magistratu pisma z prośbą, by uchwała o obronie praw zwierząt powstała. Nazwaliśmy ją roboczo „Katowice przyjazne zwierzętom- żali się Zaremba.

Mirosław Herman, naczelnik wydziału gospodarki komunalnej, podkreśla z kolei, że prace nad taką uchwałą trwają. Dlaczego aż półtora roku? - Sprawdzamy, jak jest w innych miastach, i zbieramy jak najlepsze wzorce. Chcemy, żeby w Katowicach taka uchwała działała najsprawniej, nie tylko na papierze – tłumaczy Herman.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

******************************************
Weterynarze: uważajcie na psy zza granicy

Ewa Furtak
2008-04-20, ostatnia aktualizacja 2008-04-21 11:46

Podróbki rasowych psów są kilka razy tańsze od zwierząt z rodowodami. Po zniesieniu kontroli granicznych handlarze masowo przywożą takie zwierzęta z Czech i ze Słowacji.

W internecie można znaleźć dziesiątki ogłoszeń: sprzedam yorki, beagle, labradory lub inne modne rasy bez rodowodu. Najczęściej podany jest tylko numer telefonu komórkowego. Sprzedający nigdy nie zapraszają kupujących do domu, umawiają się z nimi na odbiór szczeniaka np. pod bielskimi supermarketami. Cena nie jest wygórowana, za psa życzą sobie przynajmniej o połowę mniej, niż zazwyczaj kosztuje taki pies z rodowodem.Po zniknięciu kontroli na granicy szczeniaki coraz częściej przywożone są na handel z Czech i ze Słowacji – tam zwierzęta zawsze były tańsze. Weterynarze ostrzegają: takie psy często przyjeżdżają do Polski chore. Pochodzą z masowych hodowli, często trzymane były w złych warunkach, nawet w przydomowych klatkach, a w dodatku nie są szczepione ani odrobaczone. Nic dziwnego, że często zaraz po zakupie padają.Niedawno do jednego z weterynarzy zgłosiła się kobieta, która pod supermarketem kupiła beagle’a. Od elegancko ubranych, bardzo sympatycznych ludzi, którzy nie wzbudzili w niej żadnych podejrzeń. Jednak zaraz po zakupie pies zachorował na parwowirozę, by go ratować, właścicielka musiała wziąć w banku kredyt. Takich przypadków jest więcej.

- Leczyłem np. ratlerka, bardzo zarobaczonego i chorego na nosówkę, niestety, bezskutecznie – opowiada Krzysztof Śliwa, weterynarz z Bielska-Białej.

Choroby to nie jedyny problem z kupowanymi od przypadkowych handlarzami szczeniakami.
Czasami okazuje się, że to mieszańce. Śliwa przypomina sobie psa, który został sprzedany jako labrador, a był krzyżówką z bokserem.

Odnaleźć nieuczciwych sprzedawców to jak szukać igły w stogu siana. Podany przez nich numer telefonu przestaje działać.

Podobne sygnały docierają także do organizacji zajmujących się ratowaniem zwierząt. Przywożone zza południowej granicy psy przewożone są w fatalnych warunkach, np. szpikuje się je środkami uspokajającymi,
żeby nie sprawiały kłopotów w podróży. Sprzedaje się je potem w całej Polsce.

- Bardzo trudno komukolwiek coś udowodnić. Próbowaliśmy nawet zrobić prowokację i kupić takiego psa, ale mężczyzna, który miał go przywieźć, najwyraźniej coś zaczął podejrzewać, bo nie pojawił się w umówionym
miejscu i przestał odbierać telefony – mówi Joanna Zaremba, szefowa katowickiej Fundacji For Animals.

Krzysztof Kukla, instruktor szkolenia psów Związku Kynologicznego w Polsce i członek bielskiego zarządu związku, mówi, że jest tylko jeden sposób na rozwiązanie tego problemu: ostrzeganie ludzi przed kupowaniem psów od przygodnych sprzedawców.

- Przecież chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby w taki sposób kupić np. samochód, a tu chodzi o psa, żywą istotę – podkreśla Kukla. – Jeśli ktoś kupuje psa od hodowcy zrzeszonego w związku i ma z nim jakieś kłopoty, mamy możliwość interwencji. Handlarze są natomiast poza kontrolą – dodaje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

******************************************

Prezydent i Joanna Zaremba z fundacja For Animals nominowani do tytułu „Kociarz Roku”:


******************************************

Piszą o nas w „Gazecie Wyborczej”


******************************************


Pini, założycielka Fundacji For Animals, została uznana  BOHATEREM 2006 ROKU przez katowicki oddział Gazety Wyborczej :-)

GRATULUJEMY !!!

******************************************

Napisano o pini i naszej fundacji w lutowym wydaniu magazynu KOT :

Nagrodzona dobroć

Jak się dowiedzieliśmy, Joanna Zaremba („Pini”), działająca na internetowym forum Miau, otrzymała tytuł
Bohatera Roku Katowic przyznany przez katowicki oddział „Gazety Wyborczej”. Została wyróżniona za pomoc
okazywaną zarówno ludziom, jak i potrzebującym zwierzętom. Od kilku lat Joasia opiekuje się parą bezdomnych ludzi, którym załatwiła barak do zamieszkania, dostarcza im ubrania i jedzenie. Pomaga również bezdomnym kotom, zabierając je ze schronisk, lecząc i znajdując nowe domy. Nie są to tylko zwierzaki z rejonu Katowic, ale całego kraju. W 2005 roku uratowała i znalazła nowe domy 175 kotom, przemierzając w tym celu 60 tysięcy kilometrów samochodem. Joasia jest założycielką powstałej w październiku ubiegłego roku Fundacji For Animals. Serdecznie gratulujemy!”

(cytat z http://kot.net.pl/kot18.html)

Bardzo nam miło, dziękujemy :-)

******************************************

******************************************